Karmazynowy Opublikowano 14 Sierpnia 2018 Opublikowano 14 Sierpnia 2018 (edytowane) Witajcie, dzień dobry, cześć i czołem!PROLOG Zbieram się do napisania tego małego pamiętniczka z podróży już od jakiegoś tygodnia... mam nadzieję że dzisiaj w pełni mi się to uda. Chciałbym się z wami podzielić moimi wrażeniami z wyprawy jaką ostatnio sam sobie zafundowałem w ciągu tych dwóch dni. Moją główną motywacją było zwiedzenie Starego Miasta w Zamościu, przejazd przez Roztoczański Park Narodowy oraz wizytę w Kazimierzu Dolnym. Nie dla wyniku, rekordów, KOMów, a dla samej frajdy i satysfakcji że było się w tych miejscach. Nadmienię tylko że najdłuższa trasa jaką kiedykolwiek w życiu przejechałem to 110km, bez większych przygotowań. Niestety nie będzie dużo zdjęć czego bardzo żałuję, ale wyjaśnienie będzie na dole. Tylko od czego by tu zacząć... może od przygotowania? Tak, to będzie dobry pomysł. Akt I - Ready...! Na początku sądziłem że pokonam około 500km w ciągu 4-5 dni, natomiast dzień przed wyjazdem musiałem zrewidować jeszcze raz swój plan trasy. Troszkę powątpiewałem że uda mi się w ogóle pokonać taki dystans na moim rowerze (gdzieś tutaj zamieszczę link do tematu o nim już niedługo). Poczyniłem jednak odpowiednie przygotowania do tej wyprawy, jednak do rzeczy. Nie miałem zamiaru namiotować się na jakichś polach ze względu na brak bagażnika i sakw, więc o namiocie i śpiworze nie było mowy, zostawała opcja nocowania w domkach letniskowych lub motelikach. Może najpierw napiszę jak przewoziłem i co przewoziłem. Zaopatrzyłem się w torbę Topeak Backloader 10L + podsiodłówkę Topeak Aero Wedge Pack XL, którą miałem już od roku i do tej pory sprawuje się świetnie. Była jeszcze opcja kupna wersji 15L Backloadera, jednak po tej wyprawie stwierdzam że nie było takiej potrzeby. Do Backloadera zapakowałem; - 2 t-shirty - 2 sztuki bielizny - krótkie spodenki - parę skarpet - ładowarka - małą kosmetyczkę - trochę proszku do prania - klapki - portfel - selfiestick - 4 drożdzówki - trytki, baaaardzo dużo trytek - bluzę Przy czym muszę zaznaczyć że bluza poszła na wierzch torby, ma gumowe specjalne gumowe ściągacze które pozwalają na zapakowanie czegoś jeszcze z ubrań. Ale trzeba uważać na napoje w puszce, dość łatwo wypadają gdy jeździ się po dziurach. Tak, to mi się faktycznie zdarzyło (ehh, biedny red bull). I tutaj muszę powiedzieć że torba sprawiła się wyśmienicie! Do momentu włożenia klapek do środka, torba nie była wypełniona nawet w 50%, tak więc miejsca było jeszcze naprawdę dużo. Patent ze spuszczaniem powietrza z torby to majstersztyk. A co się znalazło w podsiodłówce? - powerbank Xiaomi 20.000mAh (spora cegła) - głośnik Xiaomi - łyżki do opon - telefon - kable, kabelki - sezamki ❤️ Myślałem o małej torbie Roswheela z kieszonkami po bokach i miejscem na telefon pośrodku, montowana na górną rurę. Ale myślę sobie "po co marnować dodatkowy hajs, skoro podsiodłówkę można podpiąć na kierownicę?". To rozwiązanie było strzałem w dziesiątkę! Może ergonomia troszkę leżała, bo jednak cały czas sięgać po telefon i nawigować w czasie jazdy jest małym nieporozumieniem, natomiast przejechać trasę z takim patentem udało się więc nie narzekam zbytnio :D. Ktoś powie - "Halohalo! A co z nawadnianiem?!". Spokojnie, też było. Za dobre pićko odpowiadał Camelback Rogue 2,5L + bidon 0,5L w zapasie. Tam też zmieściło się kilka rzeczy (do plecaczka, nie do bidonu :D); - dętka - pompka - litorsal - multitool - zapasowe baterie - osłonka przeciwdeszczowa na telefon Co z odzieży? No tutaj chyba zrobię małą reklamę sklepowi na D, nie żebym był zmuszany ale te ciuszki są MEGA! A są to dokładnie; góra - B'Twin RoadR 900 Team doł - B'Twin RoadR 500 Race Team Miałem okazję zgarnąć powyższe modele za totalny bez cen tak więc skorzystałem z niej i po dziś dzień jestem zadowolony. Chyba coś niedługo się pojawi na forum o nich odemnie No i z pakunków to tyle. Oprócz rzeczy awaryjnych, wykorzystałem wszystko w 60% tak sądzę. Lepiej być przygotowanym, niż nie być, prawda? AKT II - Set... Tutaj chyba napiszę o jedzonku, będzie krótko. Przed wyjazdem - duża miska kaszy bulgur z grzybami i groszkiem. Mieszanka, którą można dostać w sklepach za piątaka, w środku 4 woreczki, może kojarzycie. Jak na wstęp, naprawdę dobre paliwo na pierwsze 50km. Podczas trasy głównie woda, banany, cukry proste, elektrolity (dziękuję pan litorsal), jakieś przekąski jak drożdżówki. Popełniałem błędy, mianowicie... jadłem za mało bananów. Nie miałem pojęcia jak zbawienne one są w trakcie jazdy! Ale to już opiszę później co się ze mną działo w trakcie jazdy. A teraz...AKT III - GO! Dzień pierwszy. No i pojechał! Trasę podzieliłem na dwa dni. Pierwszy dzień obejmował takie miejscowości jak Lubartów-Łęczna-Krasnystaw-Zamość-Zwierzyniec-Józefów, razem wyszło 148km, ale po kolei. Z Lubartowa do Łęcznej trasę znałem dość dobrze, droga nie była zbyt dziurawa więc mogłem sobie pozwolić na depnięcie po pedałach. Ale co się okazało... dość szybko traciłem siły mimo nawadniania organizmu. Popatrzyłem na licznik i zauważyłem że staczając się ze zjazdów zbyt szybko traciłem na prędkości. Winowajcą był bagaż, który dobrze dociążał tył jednocześnie spowalniając rower. "Holender... trzeba wziąć poprawkę na to, w dodatku profil trasy jest cały czas pod górę, no i cały czas wiatr wieje mi w twarz. Zmniejszam średnią o 3km/h". To była dobra decyzja na dłuższą metę. Natomiast od Łęcznej, w stronę drogi wojewódzkiej 829 rozciąga się piękna, chyba jeszcze nowa, droga rowerowa. I gdyby nie to, że musiałem skręcać w lewo za Łysołajami, ta droga dalej by się ciągnęła... no coś pięknego. Dalej już do Krasnegostawu jechałem przez wioski. Gorąco jak piekarniku, nikogo nie widać na ścieżkach czy chodnikach, nie ma nawet dzieci. W ten dzień na wsiach wszyscy chronili się w domu od upału jaki wtedy panował. Jakoś w połowie trasy miałem pierwszy kryzys... potrzebowałem odpoczynku. Ciężar, wzniesienia, wiatr, coraz gorsza jakość drogi, prędkość spadała, a ETA na liczniku cały czas się zwiększał o kolejne minuty. Miałem już wtedy przejechane jakieś 70-75km drogi, myślałem nawet o powrocie. Jednak po zjedzeniu kolejnych drożdżówek i wypiciu kolejnych mililitrów wody postanowiłem że się nie poddam. "Do miasta pozostało 20km, tam zjem coś większego, i dam radę". Jak pomyślałem, tak zrobiłem... nawet nie wiecie jakie było moje zadowolenie kiedy w końcu dojechałem do sklepu by uzupełnić zapasy i generalnie zjeść cokolwiek. Wziąłem batony, 4 banany, napój z magnezem i coś jeszcze. Ale mi się mordka cieszyła że w końcu dostałem zastrzyku energii. Dodatkowo motywowała odległość do Zamościa, a było to ok. 30km. Na spokojnie bez emocji i większej spiny turlałem się po drogach, nie zależało mi na niesamowitym czasie... byle tylko dojechać na miejsce. Po dojechaniu na miejsce, od razu dawałem komendę mapom by zaprowadził mnie do Starego Miasta. Bez obrazy Zamość, ale główna ulica u was to jest jakaś porażka. Myślałem że macie troszkę ładniejsze centrum a tu taki zonk :(. Ale kiedy zobaczyłem ryneczek, szczęka mi opadła, jakbym teleportował się do Wiednia! Klimat tego miejsca jest niesamowity! Nie obyło się bez kupna pamiątek i kilku komentarzy w moją stronę że mam fajny schowek na banany :D. Przemyłem się szybko w bramce wodnej, odpocząłem i musiałem szybko wyjeżdżać z miasta, żeby nie przyjeżdżać do domków o późnej godzinie. W tym momencie miałem okazję przejeżdżać przez Roztoczański Park Narodowy, który sam w sobie jest piękny, choć nie było mi dane poznać jego uroku, ominąłem podobno sporo fajnych miejsc. I tutaj spotkało mnie coś, czego nie miałem okazji doświadczyć przez ostatnio 15 lat jazdy na rowerze - skurcze czworogłowych, konkretnie w prawej nodze. Aż się kiedyś śmiałem że JAK TO TAK WSZYSCY MAJO SKURCZE JA NI MOM WOKLE CO SIĘ DZIEJE BEKA XD... no i tego dnia poczułem jak karma wróciła i dała mi popalić, to było jakoś na 120 kilometrze. Wiedziałem że to się uspokoi w którymś momencie i dojadę na miejsce, ale musiałem nagle zrobić przystanek. Ból NIEZNOŚNY, nie polecam nikomu. Zwierzyniec, ostatnie 10km, droga do Józefowa - ło matko i córko, najgorsza droga jaką miałem okazję po niej jeździć, zaraz po odcinku w Kozłowieckim Parku Krajobrazowym. Dziur i kolein tyle, że nie zliczę. To było moje najdłuższe 10km do pokonania w życiu. Szczęśliwie jednak dojechałem do Józefowa, żałuję teraz że nie zrobiłem sobie zdjęcia przy pomniku (?) trasy GreenVelo, to byłaby świetna pamiątka. Zakwaterowanie, pranie ciuchów o 22, kilka wiadomości do osób że żyję i mam się dobrze, do wyrka w kimono i papa. To było za dużo jak na jeden dzień... ale co się działo na drugi dzień to już przerosło moje oczekiwania... AKT IV - Surprise! Czyli jak nie korzystać z map Google. Dzień drugi. Sądziłem że będę spał wyjątkowo długo po takiej trasie, ale jednak nie! Obudziłem się wyjątkowo wcześnie. Nogi dalej czułem po poprzedniej jeździe, ciuszki jeszcze nie wyschły, a trzeba było już powoli się zbierać. No nic, ubieram się jeszcze w wilgotny strój bez marudzenia. Znajduję w tej sytuacji plusy - "przynajmniej będę mieć dodatkowe chłodzenie", śmieję się pod nosem. Wychodzę już z domku, zaczepiają mnie starsi ludzie, wypytują dokąd jadę, ile zrobiłem kilometrów, ile jeszcze do zrobienia... widzę te zdumione twarze, gdzieś tam w głowie uznają mnie pewnie za wariata :D. Gdzieś tam we mnie daje to dodatkowy zastrzyk energii. Zdaję kluczę i wyjeżdżam. Od pewnej osoby usłyszałem że w Józefowie można zjeść najlepszą pizzę pod słońcem, gdyby ktoś pytał - piekarnio-cukiernia "U Dzidy". Udałem się na miejsce, zjadłem i... szczerze nie porwała mnie smakowo, natomiast mają fajne paluchy z sezamem, ponoć to przekąska do piwa. Pasuje idealnie! Dałem się namówić na pizzę, a moja osobista pierwsza zasada przy większych wyprawach brzmi "ŻADNYCH DROŻDŻY I CIASTOPLACKOWYCH WYROBÓW BO CIĘ ZAPCHA!". No i co... żołądek miał do przetrawienia przysłowiowy ciężki orzech. Zero energii, flak totalny, nie wiem jak organizm sobie z tym poradził. Do Szczebrzeszyna było 27km, mimo to strasznie się zmęczyłem, nie miałem zupełnie energii - pedałowałem bo pedałowałem, bez zapału. Sytuacji nie poprawiały również bardzo długie zjazdy, na których mogłem zaoszczędzić kolejne kalorie... ale tam znów odzywał się bagaż. Jednym słowem - niefajnie. Nie miałem pomysłu jak przeżyć ten dzień i szczerze nie pamiętam co jadłem przez drogę... a jeśli nie pamiętam, to znaczy że nic. W Szczebrzeszynie trochę się schłodziłem, zrobiłem sobie fotkę ze świerszczem i wyjazd w dalszą drogę. Fun fact - czy wiecie że Szczebrzeszyn jest stolicą języka polskiego? Nie? To już wiecie :D. Tutaj zaczęły się niezłe jazdy z mapami! Google ustawił drogę tak, by oczywiście było jak najkrócej i jak najszybciej. Kazał mi skręcać w miejsca, w których normalnie były domy, posesje, jakieś ziemie... patrząc dalej dokąd asfaltówka prowadzi, nie ma żadnego zakrętu by wjechać na drogę, którą zaproponowały mi mapy. No nic, wjeżdżam w następny sugerowany zakręt a tam pola przez jakieś 2km. Nie muszę chyba pisać że dobrze mnie na nich wytelepało. Całe szczęście wszystko działo się za dnia, ale co się działo potem to już abstrakcja xD. Następną większą miejscowością były Bełżyce pod Lublinem, uczciwie mówiąc był jednak to dobry kawałek trasy, na szczęście miałem okazję mijać mniejsze sklepiki by uzupełnić wodę w bukłaku i coś przekąsić. W czasie jazdy jednak odzyskiwałem energię, czułem że ta nieszczęsna pizza z rana już znika - cudowne uczucie. Do Bełżyc trasa niewymagająca, kręciło się bardzo przyjemnie, miło było też czuć że wracam na tereny nizinne. W Bełżycach - przystanek pod marketem, kolejne uzupełnienie zapasów. Było już trochę późno, natomiast wciąż liczyłem że dojadę do Kazimierza Dolnego w jakąś rozsądną godzinę. Akurat po drodze, zupełnie przypadkiem, mijała mnie moja znajoma, totalnie zdziwiona tym faktem że podróżuję sam. Zresztą sporo osób mi to wytknęło, ale to już kwestia indywidualna. I tutaj drugi raz mapy wywiodły mnie na manowce... a może raczej na ścieżkę dla downhillowców, bowiem mapy uznały że najkrótsza droga do centrum Kazimierza prowadzi przez wąwóz, który zapewne jest mekką dla lokalnych trailowców, downhillowców i Bóg wie kogo jeszcze kto tam szaleje :D. Bardzo dobrze przekonałem się że te sporty zupełnie do mnie nie przemawiają, a i rower nie był do tej ścieżki przystosowany, na dodatek bagaż się lekko poluzował i zaczął mi ocierać o tylne koło. Szybka regulacja w centrum, kolejne przyciąganie uwagi ludzi na miejscu... uzupełniając wodę ze studni powiedział żebym się lepiej napił piwa. Mówiąc mu ile jeszcze zostało do domu, i ile już przejechałem, złapał się za głowę. Chyba nie mógł w to uwierzyć, musiałem pokazać mu dokładną wartość na liczniku. Ale wracając... chciałem zjeść coś na miejscu, niestety utrudniały to dwie rzeczy; czas i komary. Akurat w tym czasie odbywał się festiwal "Dwa Brzegi" i sądzę, że gdyby nie kryte namioty dla publiczności, komary by ich tam zjadły. Nie dało się stanąć przy Wiśle choćby na 5 sekund żeby zrobić zdjęcie, bo te małe gnojki obsiadały całe ciało! Z Kazimierza do Lubartowa miałem 64km drogi. Restauracje były już zamykane. Na pytanie w jednym punkcie czy dałoby się zjeść jakiś makaron czy kaszę, dostałem odpowiedź że wszystko zostało zjedzone i zamykają. No trudno, jedziemy na Orlen. Oooooj miałem już ochotę na parówczaka od dawna! Ustawiłem mapy na drogę powrotną do domu i jedziemy. Szykowała się jazda nocna, tak więc lampki poszły w ruch. Troszkę żałuję że nie zdążyłem zakupić akumulatorków i ładowarki do Convoya, byłoby o wiele bezpieczniej podczas jazdy. Po drodze mijałem radiowóz, na szczęście nie zatrzymali mnie. To był znak że jestem dobrze oświetlony. I tak powolutku toczyłem się do Lubartowa po nawet fajnych drogach. Niestety nie powiem więcej gdyż mało co widziałem po drodze; same lasy, wsie, nic nadzwyczajnego. Przejdę do momentu kiedy sparzyłem się na mapach po raz trzeci, ale to tak, że nie jestem do tej pory w stanie uwierzyć że... tak się stało xD. Godzina troszkę po północy, działo się to dokładnie przed Syrami (zapraszam na Stravę do prześledzenia trasy), mapy znowu poprowadziły mnie możliwie najkrótszą drogą... a okazało się że wjechałem w jakieś pola. Szybkie spojrzenie na mapy i znów sytuacja bez wyjścia. Albo się cofam, albo jadę do przodu. Piachu od... dużo, bardzo dużo. W pewnym momencie zaliczyłem glebę, ale piach zamortyzował upadek. Rozglądam się... ciemno, wszędzie mgła, las na trasie. Lekkie zastanowienie się czy chcę W OGÓLE wjeżdżać w las o tej godzinie. Gdybym miał Convoya to bez problemu, ale malutka lampeczka nie daje rady. Co wykombinowałem? Cofnijmy się o jakieś 100km. W tym miejscu zamarzyło mi się zrobić live na insta dla znajomków, więc wziąłem selfiesticka, umieściłem go na środku kierownicy wpychając go między podsiodłówkę a mostek i przypinając go dwoma trytkami. Patent nawet działał, wiadomo że stabilizacji nie było, natomiast się przyjął i już z tym nic nie robiłem. Fun fact - po umieszczeniu w ten sposób telefonu, odniosłem wrażenie jakby kierowcy przy mnie zwalniali, nawet ładnie omijali... taka luźna obserwacja. Tak więc umieściłem telefon w uchwycie i odpaliłem latarkę. I tak jechałem przez jakieś 3km. Ktoś powie że to nie było rozważne, że coś mogło mi się stać. Tak, mam tego świadomość i podjąłem to ryzyko, koniec końców nic mi się nie stało. Gdy już zobaczyłem że dojeżdżam do Kamionki, BARDZO ŁADNIE I GRZECZNIE podziękowałem mapom xD. Dalej trasę już znałem jak własną kieszeń. Widząc że zbliżam się do Nowodworu, czułem się już jak w domu, zostało mi tak niewiele do przejechania że mogłem sobie pozwolić na luz w nogach. Przyjazd do domu, rozebranie się ze wszystkiego, szybki prysznic i do spania. Całość skończyłem o 1:17. EPILOG Pobudka około 10, nogi bolą jak jasny gwint, przez cały dzień nie mogę dojść do siebie, zupełnie jakbym był po dobrej popijawie. Nie dochodziło do mnie to, że zrobiłem coś, o czym nigdy tak naprawdę nie myślałem. Jakby nie było, przejechałem pół Lubelskiego. A czeka kolejne pół... Nah, może innym razem, trzeba dobrze wypocząć. Jeśli dotarłeś/dotarłaś do tego miejsca, serdecznie dziękuję za przeczytanie całości! Jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało, postaram się odpowiedzieć w najbardziej wyczerpujący sposób. Wiele nauczyłem się z tej wyprawy, i chciałbym tą wiedzę wyjętą z doświadczenia przekazywać dalej, aby nikt podobnych błędów nie popełniał. Całość trasy do prześledzenia na dole! - dzień 1 - dzień 2 I zdjęcia na koniec! Wybaczcie za instagramowe filtry! Edytowane 14 Sierpnia 2018 przez Karmazynowy 1
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się